warsztat
Piotr Szulkowski
Podczas moich studiów na ASP oraz wielu lat pracy na stanowisku asystenta poznałem olbrzymią ilość metod odwzorowywania zarówno swojej pamięci jak i otaczającego nas świata.
Począwszy od prostego ołówka, skończywszy na wysoce wyspecjalizowanych cyfrowych urządzeniach sterowanych przez algorytmy aplikacji komputerowych. Z czasem zdałem sobie sprawę, że jednak, kolokwialnie rzecz ujmując, najnowocześniejszy sprzęt nie zastąpi człowieka, ponieważ to człowiek wymyślił te narzędzia jako pomoc w realizacji swoich śmiałych wizji i niesamowitych pomysłów. W liceum im. Antoniego Kenara wszystkie narzędzia stolarskie są eksponowane na jednej ze ścian. Pełnią funkcję dekoracyjną jak również informują przyszłych twórców o rozwoju myśli ludzkiej. W pracowniach rzeźbiarskich dłuto i pucka, czy to w drewnie czy w kamieniu, mają jeszcze zastosowanie, ale istnieją już również dłuta elektryczne i laserowe. Rzeźbę z kolei można obecnie stworzyć w programie 3D, nadać jej kształt, odpowiednią wielkość, pokryć dobraną teksturą, po czym przesłać te cechy w postaci danych do drukarki i wydrukować. Student rozpoczynający swoją przygodę z rzeźbą zaczyna od gliny i poznaje całą paletę jej możliwości plastycznych. Wielokrotnie przekonałem się, siedząc przed białą kartką papieru A4 i starając się coś stworzyć (a często mi to nie wychodziło), że najważniejszy jest pomysł. Narzędzia stają się rzeczą drugoplanową. Przez lata, obserwując studentów oraz ich podejście do pracy, mogłem zaobserwować różne postawy w nastawieniu do realizacji zadań artystycznych. Najczęściej spotykałem się z bardzo dynamicznym podejściem, które zwykle kończyło się powrotem do punktu wyjścia. Lepiej więc zawczasu pomyśleć, wymyślić, a dopiero potem ruszyć z zapałem do pracy. Dopiero w trakcie procesu tworzenia wprowadzać pewne konkretne poprawki. Zdecydowanie trudniej jest korygować pracę rzeźbiarską. W tym przypadku procesy technologiczne w znacznym stopniu determinują proces wyobraźni i wykonania. Oczywiście mówię tutaj z punktu widzenia dydaktyka obserwującego studenta podczas realizacji podstawowej, klasycznej rzeźby akademickiej. Tak więc najpierw pomysł, a potem wszystko, co potrzebne i nieodzowne do jego realizacji. W swojej pracy twórczej z czasem nabierałem przeświadczenia, iż konkretne, wyznaczone przeze mnie narzędzie, przypisane według mnie dziełu, będzie najlepiej służyło w jego realizacji.
Zbigniew Rybczyński przekonuje, że współcześnie prawdziwymi artystami są twórcy programów komputerowych, a rolę bezmyślnych wyrobników przyjmują ci, którzy tych programów używają. Jest w tym pewna słuszność. Można się z tym po części zgodzić, jeżeli przyjmiemy, że dzieło sztuki użytkowej jest na równi z dziełem sztuki. Dzisiaj wszyscy jesteśmy posiadaczami smartfona wyposażonego w lepszy lub gorszy aparat fotograficzny oraz aplikację do obróbki i przesyłania obrazu do drukarki. Każdy z nas może więc zrobić zdjęcie – choćby podczas wizyty w parku – i nazwać je sztuką. Podczas Art Basel sztuką nazwano skórkę od banana i sprzedano za 120 tysięcy dolarów. Do tego typu pomysłów warsztat jest zbyteczny. Na tych samych targach, czego media nie podały, obraz Pablo Picassa sprzedano w galerii Helly Nahmad za około 20 milionów euro. Myślę, że sama znajomość programów komputerowych i umiejętnego ich łączenia nie wystarczy. Pokazanie możliwości aplikacji jest więc potwierdzeniem genialnej pracy programisty, ale nie może ono być nazwane sztuką. Do tego potrzebna jest idea i zaplanowany cel. Podczas realizacji pracy habilitacyjnej moim pierwszym śladem jest rysunek. Za jego pomocą realizuję ideę ukształtowaną po części z wyobraźni, a po części z obserwacji natury. Tak podczas tworzenia swojego środka wyrazu od początku posługiwałem się kredkami i ołówkiem. Dla jeszcze szybszego notowania obrazów posiłkowałem się fotografią cyfrową. Uważam, że najprostsze narzędzia idealnie nadają się do szybkiego notowania myśli. W późniejszym etapie, kiedy pomysł ulega krystalizacji, używam grafionu rapidografu. Kalka techniczna, którą używam do projektu to nadal znakomity nośnik plastyczny. Wszystko, co zostało stworzone tuszem na kalce, przenoszę za pomocą skanera do komputera i tam, używając kilku aplikacji graficznych, koryguję grafikę, głównie ją czyszczę. Teraz, gdy grafika osiąga stan zgodny z moim zamysłem, używam naświetlarki postscriptowej, aby otrzymać odwzorowanie grafiki na kliszy fotograficznej. Kliszę zabieram do pracowni serigraficznej, aby w ciemni naświetlić siatkę. Aby siatka dobrze odwzorowała najdrobniejsze szczegóły grafiki, należy odpowiednio dobrać jej gęstość. Po dokładnym odwarstwieniu sita, tzn. wyczyszczeniu z poprzedniego wzoru i wysuszeniu, siatkę pokrywa się emulsją światłoczułą. Czynność ta odbywa się w ciemni. Gdy siatka jest już sucha, mogę przystąpić do jej naświetlenia. W tym celu kładę siatkę na olbrzymią kopioramę, na nią kładę kliszę z wzorem grafiki, po czym lampą halogenową poddaję ją przez kilkadziesiąt sekund naświetleniu. Siatka prawie jest gotowa. Następnie silnym strumieniem wody staram się wymyć z sita wszystkie elementy grafiki, które nie zostały naświetlone przez przysłonięcie.
Po naświetleniu i wysuszeniu siatki trzeba ją jeszcze wyretuszować, tzn. usunąć wszystkie brudy podczas naświetlania, które zostały na siatce uwiecznione. Ostatnim etapem jest już sam druk, wybór farby oraz papieru. Jak widać warsztat, którego używam, jest długi, mozolny i bardzo skomplikowany. Poczynając od najprostszych narzędzi, jak ołówek, stopniowo przechodzę przez fotografię, techniki cyfrowej obróbki i kończę pracę na stole serigraficznym. Zawsze jednak, by móc zdjąć pierwszą odbitkę z suszarki, muszę ją najpierw wymyślić.
